Archive for the ‘REPORTAŻ’ Category

10.04.10 – dokument śledczy o katastrofie Tu-154

8 kwietnia 2011

„10.04.10”  to pierwszy poważny dokument śledczy o katastrofie smoleńskiej. Kawał świetnej, dziennikarskiej roboty. To po prostu trzeba obejrzeć. Zdecydowanie polecam.

Wywiad z reżyserem filmu „List z Polski” (Brief uit Polen)

27 listopada 2010

Chciałbym Państwu zaprezentować szalenie ciekawy wywiad z Mariuszem Pilsem, reżyserem głośnego filmu „List z Polski” (Brief uit Polen), który to został pierwotnie wyemitowany w publicznej telewizji holenderskiej ale szybko przedostał się do polskiego internetu gdzie w tzw. drugim obiegu uzyskał ogromną popularność (można go także obejrzeć z polskimi napisami na niniejszym blogu, dokładnie pod tym adresem).

23 listopada 2010 roku o godzinie 16:00 w Nowej Auli Gmachu Głównego na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim odbyła się projekcja filmu „List z Polski” połączona z (blisko dwugodzinnym) spotkaniem z reżyserem.

Z relacji z pierwszej ręki wiadomo, że spotkanie odbyło się przy pełnej auli (ok 500 osób). Ludzie zajmowali miejsca także na ziemi bo tych siedzących po prostu zabrakło. Spotkanie trwało ponad 2,5 godziny. Całość można określić jako ogromny sukces. Oczywiście nie dowiedzą się państwo o tym z żadnych mediów głównego obiegu (całe szczęście jest jeszcze internet). Zapraszam do oglądania:

(…)

Katolicka relacja z nocnej „Akcji Krzyż” czyli Polska w oparach zapateryzmu

10 sierpnia 2010

Właśnie wróciłem spod krzyża smoleńskiego przy pałacu prezydenckim w Warszawie. Jestem strasznie zmęczony więc proszę wybaczyć, że przesadnego brylowania i „super bajeranckiego reportażu” raczej nie będzie. Będzie za to prosta ale rzetelna relacja. Postaram się aby możliwie jak najlepiej oddała to co tam się działo i jak to wyglądało z mojej perspektyw, oraz naświetlę nieco tło całej sprawy. Z mainstreamowych mediów się tego prawdopodobnie nie dowiecie więc myślę, że moje świadectwo ma znaczenie.

Trzeba sobie tu powiedzieć jasno, że przy odrobinie dobrej woli ze strony władz tego kraju i miasta Warszawy tematu by nie było. Była by tablica upamiętniająca tragicznie zmarłych pod Smoleńskiem i godne miejsce by zapalić np. znicz. No ale władzy nie zależy najwyraźniej na rozwiązaniu tego konfliktu. Lepiej go eskalować napuszczając na obrońców krzyża rozszalałe hordy lemingów od Paligłupa. Po co? Choćby po to żebyśmy za bardzo nie zajmowali się podatkami, które są podnoszone oraz po to żeby nie rozmawiać za wiele o dziwnej umowie gazowej z Rosją. Te tematy mają być przykryte przez „zadymę pod krzyżem”. Zadymę, która się najwyraźniej władzy bardzo opłaca.

Pod tym krzyżem co noc dochodzi do profanacji, oblewania piwem modlących się ludzi, kpin, wycieczek, zabawy, itd. To taki nowy modny sport w Warszawie. Sport pt. „pognębić katola pod krzyżem”. Gdyby ktoś chciał poznać wstrząsające relacje inernautów z osatniego tygodnia, to znajdzie je pod tymi linkami:

http://forum.fronda.pl/?akcja=pokaz&id=3593742

http://forum.fronda.pl/?akcja=pokaz&id=3593836

A tutaj znajdziecie nieoficjalny hymn przeciwników krzyża:

http://forum.fronda.pl/?akcja=pokaz&id=3593884

No ale ja nie o tym, ja o dniu dzisiejszym…

Byliśmy z żoną na miejscu już około 22:00 (czyli na godzinę przed planowaną przez przeciwników krzyża manifestacją). Pierwsza rzecz jaka nas zdziwiła to szczelny policyjny kordon jaki oddzielał malutką grupkę pod krzyżem od  całej reszty.  Wyglądało to tak jakby policja zamknęła ludzi pod krzyżem w „żelaznej klatce”. Jakikolwiek dostęp do nich był niemożliwy. Policji było po prostu mnóstwo. Tłum był przemieszany. Zwolennicy, przeciwnicy, niezdecydowani gapie. Jednak jeszcze wówczas nie widać było (przynajmniej z naszej perspektywy) aby ktoś się przesadnie głośno ujawniał ze swoimi poglądami. Ludzie co najwyżej trzymali spokojnie jakieś transparenty albo orientowali się co, gdzie i jak. Przeszliśmy cały plac pod pałacem prezydenckim dookoła. Zlokalizowaliśmy grupę modlących się osób sytuujących się w granicach od hotelu „Bristol” aż po policyjne barierki. Widać było, że ludzie zaczynali się organizować. Można było odnieść wrażenie, że coś zaczyna się dziać. Tłum był już gęsty i gęstniał z minuty na minutę. Ogółem zgromadzone tam osoby można spokojnie liczyć w tysiącach (niekóre szacunki mówią nawet o ponad 10tys. osób). Zdecydowaliśmy przejść na drugą stronę placu. Nie było to łatwe bo tłum robił się naprawdę coraz większy. Jakoś się jednak udało. Doszliśmy do telewizyjnych wozów transmisyjnych. W pewnej chwili z tłumu wyłowiliśmy znajomych, którzy organizowali się przez internet wokół akcji obrony modlących się pod krzyżem. Mieli kartki z logiem katolickiego forum „Rebelya” założonego przez grupę ludzi z dawnej Frondy. Przywitaliśmy się i wymieniliśmy informacjami – jak cała sprawa ma wyglądać, jak się organizujemy, itd. Zdecydowaliśmy, że przechodzimy na drugą stronę i „przebijamy się” pod barierki od strony Bristolu. Okazało się, że było tam już więcej ludzi, których określić by można mianem „obrońców krzyża”. Spotkaliśmy też kolejnych znajomych z internetu i zdecydowaliśmy, że zostajemy w tym własnie miejscu.

Tu chciałbym bardzo wyraźnie podkreślić, że w grupie „obrońców” było bardzo dużo młodych osób nie pasujących z pewnością do wymyślonej przez liberalne, lewicujące media łatki „mohera”. Ludzi wyglądających zupełnie zwyczajnie. Jak pogodna pani z małym plecakiem, jak kolega rockandrollowiec, jak młodzież pokolenia Frondy, jak piękna dziewczyna z flagą, która okazała się być solistką jakiegoś chóru, jak mnóstwo innych, zwyczajnych osób, których obecność na ulicy nie wzbudziłaby żadnej niezdrowej sensacji. Tak, przeciwnicy krzyży – pogódźcie się z myślą, że ludzie kościoła, którzy tam byli są wśród was. Są i nie wyglądają jak kosmici. Prawdopodobnie codziennie mijacie ich na ulicy, w tramwajach i w miejscu pracy. To były spokojne, zrównoważone osoby, które przyszły się pomodlić. Należy to podkreślić z całą stanowczością i nie dać sobie wmówić, że zebrała się tam „banda chylących się nad grobem, oszalałych oszołomów” jak słyszałem kilkakrotnie na ulicy. To kompletna bzdura. Obok mnie samego stało ok 20 osób w wieku 20-30 lat. Oczywiście byli też ludzie starsi i w średnim wieku. Część z nich to zapewne słuchacze Radia Maryja. I chwała im za tą obecność. Ale zlotu emerytów to ta nasza zbiorowość raczej nie przypominała. Szczerze mówiąc byłem nawet zdziwiony tym ile młodych osób miało odwagę się pojawić. A przecież my młodzi w przeciwieństwie do starszych, bardziej życiowo doświadczonych i zaprawionych w boju z komuną częściej odpuszczamy takie akcje. Często wolimy zostać w domu lub śledzić relacje internetowe. Tym razem jednak było inaczej.

Zbliżała się godzina 23:00, czyli oficjalny moment rozpoczęcia anty-krzyżowej demonstracji. Nagle na ogromną telewizyjną platformę „dźwigową” przy aprobacie sporej grupki entuzjastów wyszedł Dominik Taras, czyli lansowany przez liberalne media organizator całej tej hucpy. Zaczął wykrzykiwać jakieś hasła przez megafon. Ciężko to było zrozumieć (był zbyt daleko). Rozbawiona młodzież jednak wyraźnie się po jego słowach ożywiła.

A kim naprawdę jest Dominik Taraz możecie się dowiedzieć np. stąd: http://rebelya.pl/discussion/5145/2/dominik-rambo-taras-organizator-czy-egzekutor-akcja-antykrzyz/#Item_70 – ten niepokojąco zafascynowany bronią, 22-letni dostawca pizzy dostał bez problemu zgodę na ogromną demonstrację od władz miasta. Mało tego, dostał też od nich pomocny instruktaż apropo dopełnienia wszystkich formalności (sam się tym chwalił na facebooku). Człowiek, który pozuje z bronią, który cyka sobie fotki „na terrorystę”, człowiek który prawdopodobnie otrzymał ogromne wsparcie od odp. organów (zapewne także prawne). Tak, właśnie on i animowana przez niego oszalała banda, powzięła zamiar porwania krzyża i przeniesienia go… no własnie – właściwie to nie wiadomo gdzie (choćby dlatego, że wszystkie kościoły są o tej porze zamknięte). Co ciekawe we wniosku do władz miasta o żadnym przenoszeniu krzyża nie było mowy. Było tylko zatroskane uprzedzenie, że w razie jakby osoby trzecie zaczęły go przenosić „to my za to nie odpowiadamy”. Po prostu wrodzona niewinność lemingów, pokój, pacyfizm i dobro.

Tym czasem jak wyglądał prawdziwy program tej akcji rozsyłany internetowo do jej uczestników? Ano tak:

Co znamienne – nawet tego nie dotrzymali bo o 1:00 „piknik” trwał nadal w najlepsze. Swoją drogą była to chyba pierwsza manifestacja o jakiej słyszałem odbywająca się o tak dziwnej porze. Jak uzasadniał sam organizator „w nocy może być łatwiej go (w sensie krzyż) przenieść”. Ale to wszystko przecież tylko niewinny wybryk. Nowoczesny, europejski piknik można by powiedzieć.

No właśnie  – „piknik”. Po przyjściu do domu zrobiłem szybką prasówkę internetową i zobaczyłem rzecz niebywałą. Radośni dziennikarze TVN spijali słowa z ust „rambo” Tarasa, emocjonując się jego spędem w zadziwiający wręcz sposób i relacjonując to później w mediach z uśmiechem na ustach. Widziałem też później jak dziennikarz TVN Warszawa przybijał piątkę z niektórymi piknikowiczami. Znali się doskonale. Mieli też swoje lemingowe czujki, które co rusz nadbiegały z cynkiem „filmuj tam, tu masz dobry materiał”. Dobry, znaczy oczerniający „mochera”. Nie mam już żadnych złudzeń co do co do tych ludzi oraz co do ich tzw. dziennikarskiej rzetelności.

To może tak apropo owego „pikniku”, kilka filmików, które nagrałem osobiście.

Poniżej „pokojowa” młodzież od Paligłupa okładająca się na latarni (bili się nawet miedzy sobą):

A tutaj my (czyli „wściekłe, ziejące nienawiścią mohery”):

A tu skaczące, piknikowe lemingi w akcji (a „katole” jak na złość z hymnem wyskakują):

U nas nie było dziennikarzy TVN – tzn. byli na kilka sekund. Weszli, wyszli, nie włączyli kamery.  Chyba za mało mohera w moherze i nagranie wyszłoby niezbyt sensacyjnie. Bo co to za sensacja pokazać grupę modlących się w skupieniu osób, prawda? W ogóle po co to pokazywać? Kogo to obchodzi?

To doprawdy zadziwiające, ale z perspektywy modlących się za obrońców krzyża ów „piknik” wyglądał nieco inaczej niż opisuje to GazWyb i WSI24. Chamskie prowokacje, jajka lecące w naszą stronę, parodiowanie Matki Boskiej, prowokacje dwóch lesbijek, wyzwiska, pluszowe zabawki poprzybijane do krzyży, wulgarne hasła, prezerwatywy, krzyki, wyraźne ostentacyjne zaczepki, próby wchodzenia w naszą grupę, przylepiania nam flagi krzyżackiej, etc.  To wszystko czym starano się wytrącić nas z równowagi. Ale my staliśmy godnie. Modliliśmy się. Nie daliśmy się prowokować. Staliśmy godnie i nasz głos był donośny. Mimo, że otaczała nas niesamowita pogarda i kpina ze strony antykrzyżowych „happenerów”. Powiedzmy to wprost – otaczał nas faszyzm, satanizm i wojujące lewactwo. Podobno (jak wyczytałem późnej z mediów elektronicznych) przy osobistym wsparciu „autorytetów” pokroju Kuby Wojewódzkiego i mu podobnych. Czasem można było naprawdę się bać. Tylko spojrzenie na modlących się braci i siostry sprawiało, że rosło serce. U nas modlitwa, skupienie, pieśni, a w naszą stronę lecą okrzyki z gatunku „bydło do obory”, „na stos z moherami”, itp. Ktoś sobie rzuci w nas jajkiem, ktoś sobie rzuci papierem toaletowym. Jest śmiesznie. Szkoda, że nie dla nas. Moi drodzy, nie wolno nam o tym zapomnieć. Bo tam pod krzyżem wszystkie świętości ludzi wierzących w Boga zostały podeptane. Protestującym nie chodziło o żaden Smoleńsk, nie chodziło im też o ten konkretny krzyż. To była walka z wiarą i oszalała orgia antykrzyżowej propagandy wylewająca się na nas, spokojnie modlących się jak lawa. Młodzi pijani ludzie wdrapywali się na latarnie, czasem z nich spadali, czasem dochodziło między nimi do bójek (tak proszę państwa, zdarzało się, że podpici „anty-krzyżowcy” okładali się po pyskach także między sobą), atmosfera była momentami bardzo napięta. Przyznam szczerze, że gdy w naszą stronę poleciały jajka zacząłem się obawiać czy zaraz nie polecą kamienie. I naprawdę nikt by tego nie zatrzymał gdyż policja nie tyle broniła nas co raczej odgradzała ludzi od krzyża. U nas hymn, różaniec, pieśni, a u nich pogarda i kpina. Ktoś sobie tańczy na krzyżu jak na rurze, ktoś rzuca hasło – „pokażmy im krzyż” (i wówczas krzyżują się ich środkowe palce w znaku krzyża (tak, te od gestu fuck off). Radosny piknik trwa. Okrzyki „pokarz cycki, pokaż dupę” oraz spadające dzieciaki z latarń już nas nie dziwią. Nic już nas nie dziwi. Nasze światy trwają obok siebie ale jakby w równoległych czasoprzestrzeniach. Ten niebywały satanistyczny lunapark rozświetla nasza pieśń modlitwy. Trwamy. Nie pójdziemy stąd. Nie zadepczą nas.

W pewnej chwili zaczęto do nas krzyczeć „do koś-ci-oła, do koś-cio-ła” – tysiące rozdartych gardeł skandowało w wniebogłosy. Na to z naszej strony ktoś rzucił „za-pra-sza-my” – no i ludzie podchwycili. Więc oni „do kościoła, do kościoła”, a my „zapraszamy, zapraszamy”. 😉

Ciekawą sprawą było też to, że u  nas oprócz pojedynczych prowokatorów pojawiali się też sprzymierzeni z mami ludzie, których niejeden by się być może i nie spodziewał. Był np. ksiądz katolicki, byli doktoranci uniwersyteccy, było też kilku dziennikarzy (nie, nie tych salonowych – co ważne konserwatywny salon też jakby słabo obecny). Z pewnego oddalenia kręciła Ewa Stankiewicz (ale nie stała w naszej grupie). Był też Jan Pospieszalski. Miałem jednak wrażenie, że nie wchodzili za bardzo w ten piknik. Myślę, że z obawy o własne bezpieczeństwo.

Do pogodnych akcentów mogę też zaliczyć „dywizjon trzech modlących się kulturystów”, z których jeden miał posturę niemal jak u Pudziana. Otóż Ci mężczyźni nie tylko się modlili ale i nie pozwalali krzywdzić nas i ośmieszać gdy zaczynały się prowokacje agresywnie nastawionych anarchistów. W pewnym momencie wpadła w nas też grupa Cyganów z lepkimi rączkami i rozbieganymi oczkami. I wówczas kolega kulturysta obrócił głowę i rzucając marsowe spojrzenie zagaił do nich krótko – modlisz się?! Nie? To do widzenia. I proszę mi wierzyć – było to „do widzenia” skuteczne. 😀

Przyznam szczerze, że czasem przy kolegach kulturystach sam czułem się zestresowany. No bo starałem się jednak od czasu do czasu kręcić filmy aparatem, a tu nie ma żartów „my tu przyszliśmy się pomodlić i nie ma tu miejsca na jakieś pogaduchy czy przydługawe sesje zdjęciowe. Doprawdy widok młodego faceta ważącego ze 140  kilo i z łapą jak u niedźwiedzia, który śpiewa psalmy i pieśni maryjne po prostu niszczył obiekty. Myślę, że gladiator Chrystusa to w tym przypadku dosyć adekwatne określenie. 😉 Dzięki nim także nie doszło do akcji oflagowania nas krzyżackim sztandarem.

Pod tym krzyżem doszło też do kilku krótkich (bo jednak 95% czasu to była modlitwa) ale ważnych rozmów. Co się dzieje z Polską? Co się dzieje z tymi ludźmi? Skąd w nich taka nietolerancja i nienawiść do krzyża, do nas chrześcijan? Czy czeka nas pełzający zapateryzm, a potem w konsekwencji rozlewający się na ateistycznym gruncie islam (tak jak to ma miejsce w Europie Zachodniej)? Co się w końcu dzieje z Warszawą? W sercu naszej stolicy lewacko-antychrześcijańska anarchia. Spieniony tumult i grupka modlących się ludzi. Stosunek jak pod Wizną – tak ze 40 do 1 na naszą niekorzyść. Nikt nad tym nie panuje, miasto na to pozwala. Gdzie my żyjemy? Dokąd to prowadzi? Te przerażające pytania nasuwały się po prostu same. Może dlatego, że wizyta pod tym krzyżem to był taki wehikuł czasu – taki slajd, jak może kiedyś wyglądać Polska, gdy zaleje ją ateistyczna horda. Nie wolno być obojętnym. Każda obojętność jest milczącym przyzwoleniem. Niestety ale tak po prostu jest. Mówcie znajomym, mówcie braciom i siostrom. Przekazujcie tą prawdę dalej. Zapraszam też do uzupełniania tej relacji o Wasze komentarze.

To była pierwsza z wielu prób zdeptania naszej wiary. Próba, która się nie udała. Próba, którą (mimo miażdżącej przewagi sił przeciwników) zdaliśmy z podniesionym czołem. Dziś w nocy staliśmy po właściwiej stronie. I nie lękajcie się bo jest nas tu wielu. I wielka jest w nas odwaga. I gdy w przyszłości zalewać nas będą kolejne fale satanizmu, ateizmu czy islamizmu – nie odejdziemy. Będziemy dumnie trwać w znaku krzyża. Nikt, nigdy nam tego nie odbierze. To co się stało dziś tylko nas umocniło.

Demonstracja pod pałacem prezydenckim w Warszawie, 09.05.2010 – reportaż, zdjęcia, film

9 Maj 2010

O całej sprawie dowiedziałem się trochę przypadkiem. Pewnego dnia na witrynie, na której często publikuje jeden z moich ulubionych felietonistów znalazłem link do strony „ruch10kwietnia.org”, a na niej oświadczenie następjącej treści:

W niedzielę 9 maja o g. 17, miesiąc po tragedii smoleńskiej, spotkamy się pod Pałacem Prezydenckim. Zapalimy znicze i podpiszemy skierowane do władz żądanie powołania międzynarodowej komisji badającej przyczyny katastrofy. Pamiętaj, przyjdź.

Przyszedłem. Byłem na miejscu jakieś dziesięć minut przed czasem. Tłumek już był całkiem spory ale widać było, że dopiero ludzie się zbierają. Szukałem miejsca gdzie można by było złożyć swój podpis ale nie bardzo mogłem się gdziekolwiek dopchać. Zacząłem się więc kręcić dookoła, trochę między ludźmi, trochę z boku i cykać zdjęcia. Starałem się też wsłuchiwać w głosy ulicy. Pierwsze co przykuło moją uwagę, to grupka zbulwersowanych osób narzekająca na premiera Tuska.

– Kiedy on zrozumie, że ludzie nie są tacy głupi? Jemu się już zupełnie w głowie poprzewracało. Jak tak można Polaków traktować?! Może po dzisiejszym dniu coś do niego dotrze? Jak można tak mydlić ludziom oczy?!

– On się odgrodził od ludzi i gra na przeczekanie.

– Eeee, tam do takiego to nic nie dotrze, trzeba wziąć za fraki gamonia i wywieźć na Kaszuby, najlepiej razem z tym ruskim lokajem Komorowskim.

– Jeszcze trochę i wywiozą.

Wpadłem też na grupę zdezorientowanych Japończyków (trochę ich się ostatnio kręci po stolicy z uwagi na rok Chopinowski), która nie miała zielonego pojęcia o co chodzi. Zaczęli mnie pytać. Angielski znali jednak słabo więc ciężko im było wytłumaczyć. Wyłożyłem pokrótce, że zebrała się tu grupa ludzi domagająca się powołania międzynarodowej komisji w sprawie śledztwa dot. katastrofy w Smoleńsku. Japończyk pokiwał głową, podziękował za wyjaśnienie i poszedł. W odległości jakichś 20 metrów od powoli gęstniejącej grupki ludzi dziarsko ustawił się TVN. Pan ładny trzymał mikrofon, pan kamerzysta zaczął się szykować. Wtem ktoś przeszedł obok nich i rzucił „kłamcy, przestańcie kłamać!”. Jeszcze dwie osoby podeszły i zakomunikowały „macie mówić całą prawdę!”, ktoś z tłumu jeszcze na dokładkę „manipulatorzy, telewizja rządowa”. Chłopcy z TVN poczuli się wyraźnie nieswojo. Poszedłem dalej w tłum. Ludzie zaczęli rozwijać transparenty. Pojawiło się bardzo dużo polskich flag. Były też pojedyncze flagi ze znaczkiem „polska walczy” i „solidarność walcząca”. Dominowały jednak po prostu barwy narodowe (w wersji z godłem lub bez).

Ciągle nie mogłem się dopatrzyć miejsca, w którym są zbierane podpisy pod petycją. Zacząłem się już trochę niecierpliwić. Tym czasem tłum gęstniał i coraz bardziej dawało się odczuć, że coś wisi w powietrzu. Pojedyncze grupki śpiewały pieśni patriotyczne, ciągle jednak wyglądało to trochę chaotycznie. Sporo ludzi nie miało pojęcia co, gdzie i jak. Czekali na jakieś wskazówki, cokolwiek. Jednak tłum był zupełnie spontaniczny i widać było, że mogą się nie doczekać. Dopatrzyłem się Janka Pospieszalskiego. Był pośród ludzi. Jako jedyny dziennikarz wszedł i kręcił „z serca tłumu”. Nie bał się. Był naprawdę w centrum wydarzeń. Spora grupa ludzi utworzyła wokół niego krąg. Pojedyncze osoby podchodziły i wypowiadały się do kamery. Też miałem podejść ale zrezygnowałem. Zabrakło mi chyba cywilnej odwagi by wypowiedzieć się przed obiektywem. W tym czasie TVN i Polsat wycofały się na z góry upatrzone pozycje. W tłumie dostrzegłem też Panią Ewę Stankiewicz.  Chodziła pośród ludzi z kamerzystą. Zupełnie swobodnie i na dziko. W pewnej chwili jakaś starsza pani dosłownie rzuciła jej się na szyję i powiedziała „dziękuję, dziękuję za to, że Pani jest, za Pani film”. Poszedłem dalej. Widać było też sporo młodych osób. Więcej było ludzi starszych i w średnim wieku ale młodszych też nie brakowało. Dopatrzyłem się też w tłumie aktora z filmu „Solidarni 2010” (tego samego, którego czepiała się Wyborcza o to, że jest aktorem i był nieobiektywny, a może nawet opłacony). Spokojnie rozmawiał z ludźmi. Widać, że chciał się wytłumaczyć. Czuł się skrzywdzony. Widać było, że ma poczucie, że przyklejono mu gębę i źle się z tym czuje. Sprawiał wrażenie człowieka zaszczutego przez media.

Poszedłem dalej w tłum. Widać było trochę znanych twarzy (stali oni bardziej na obrzeżu).  Był Pan Jan Pietrzak, było kilku ludzi kina i profesorów, których nazwisk ujawniał nie będę. Z jednym z nich Gazeta Polska robiła wywiad (widać to na zdjęciu poniżej). Powiedział, że spędził za granicą wiele lat i także z tamtej perspektywy ma poczucie, ze Polska dała Europie bardzo wiele i mnóstwo najpiękniejszych rzeczy narodziło się właśnie tutaj.

Wreszcie znalazłem osobę zbierającą podpisy pod petycją. Nareszcie to po co przyszedłem pod pałac zyskało wymiar praktyczny. Wpisałem się pospiesznie i poszedłem w tłum. Nagle ludzie zaczęli skandować hasła „ŻĄDAMY!” i „CHCEMY PRAWDY!”. Temperatura tłumu rosła, ciarki szły po plecach. Ludzi było dobrych kilka tysięcy, a może i więcej. Ulica krzyczała rządowi w twarz, że dosyć już robienia z obywateli ciemnogrodu i baranów. To było naprawdę coś. Czuło się moc tych gardeł na sobie. W pewnym momencie ktoś wszedł na latarnie i zaczął krzyczeć do tłumu. Ludzie szybko podłapywali hasła. Pośród wielu haseł nawołujących do wyjaśnienia sprawy i podaniu ludziom pełnej informacji na temat katastrofy pod Smoleńskiem, na krótko pojawiły się też pojedyncze hasełka polityczne. W pewnym momencie tłum zaczął skandować „PRECZ Z TVN-em! i PRECZ Z WYBORCZĄ”. Na latarnie wszedł kolejny mężczyzna. Okazało się, że jest tym, który organizował akcję zbierania podpisów. Podziękował ludziom i zachęcał do podpisywania się tych, którzy jeszcze tego nie zrobili (w moim mniemaniu była to zdecydowana większość spośród całego tumu). Na latarnie wszedł też pamiętny aktor z filmu „Solidarni 2010” by oświadczyć, że jest mu przykro, że ma prawo do własnych uczuć i nikt mu za jego wypowiedź nie płacił ani nie napisał mu tekstu, że przyszedł z potrzeby serca, jak tysiące innych Polaków. Tłum zaczął krzyczeć „NIE JESTEŚMY AKTORAMI!” i „TU JEST POLSKA!”, „ŻĄDAMY PRAWDY!” ludzie podnieśli ręce w geście wiktorii i odśpiewali hymn. Zacząłem się przedzierać poza centrum tłumu. Minąłem panię Ewę Stankiewicz. Była czymś wyraźnie poruszona lub zbulwersowana. Widziałem, że w oczach ma łzy. Nie wiem czy doszło do jakiejś awantury z jakimś prowokatorem z tłumu ale takie miałem wrażenie. Mogę się jednak mylić bo nie widziałem całej sytuacji. Wszystko jednak skończyło się dobrze, pani Ewa kręciła dalej. Dotarłem na obrzeża zgromadzenia. Miejsce gdzie stał wóz TVN było puste, po reporterach ani śladu. Reporterzy Polsat News ulokowali się bezpiecznie, jakieś 150 metrów od ludzi. Nie kręcili. Stali w poczuciu bezradności.

Postanowiłem przejść na drugą stronę tłumu i powoli zbierać się do domu. Nie było to łatwe ale się udało. Cały czas starałem się robić zdjęcia. Nastrój demonstracji był już bardzo gorący. Ludzie śpiewali pieśni, krzyczeli hasła, wznosili ręce w geście wiktorii i dumnie demonstrowali flagi. Ktoś rozdawał śmieszne anty-tuskowe i anty-komorowskie ulotki. Jednej udało mi się cyknąć fotkę ale było ich znacznie więcej. Gdy już miałem się oddalić natknąłem się na kilku dobrze mi znanych profesorów i doktorantów z Uniwersytetu Warszawskiego (było to dla mnie nawet pewnym zaskoczeniem bo podejrzewałem ich raczej o sympatyzowanie ze środowiskiem „Krytyki Polityczniej”).  Był to jednak dowód na to, że tłum zebrany pod pałacem składał się naprawdę z przeróżnych środowisk. Gdy już miałem iść w stronę Nowego Światu i dalej do metra, w odległości jakichś 100 metrów od tłumu zauważyłem dwóch strażników miejskich. W pewnej chwili jeden z nich rzucił „należało by rozpędzić to całe dziadostwo”. Przystanąłem. To co wygadywali ci ludzie zaczęło mnie coraz bardziej bulwersować. Podszedłem i zapytałem. Dlaczego pan tak mówi? Co panu tak właściwie przeszkadza? Zaczęliśmy sobie rozmawiać. Dostałem wykład w stylu byłego ormowca, że demonstracja nielegalna, że co to za rączki w górze, co to za hasla, że za komuny to był przynajmniej porządek, a tak w ogóle to polityka ich nie interesuje. Nagle do strażników podeszły dwie starsze kobiety i zaczęły ich musztrować. Wzięły mnie pod rękę i zanim się obejrzałem byłem 20 metrów dalej prowadzony przez babciny patrol obywatelski.

– Wzięłyśmy Pana bo już spisują. Tam już policja chciała ludzi legitymować ale wszyscy zaczęli się w ogonku ustawiać i skandować, że niech spiszą każdego i trochę tamci zgłupieli. Wie pan, my jeszcze pamiętamy stan wojenny, po co ma pan mieć kłopoty. Z nimi to lepiej nie rozmawiać wcale, nie wiadomo kto ich tu nasłał.

Postawa babć mnie po prostu rozłożyła na łopatki. Był to taki bojowy tandem, co nie da sobie w kaszę dmuchać. Stare wiekiem ale młode duchem, dwie naprawdę, przesympatyczne kobiety. Wymieniliśmy się trochę wiedzą. Ja im powiedziałem o tym co wiem z internetu (którego to one nie używają), one mi o tym co mówi ulica i ich znajome oraz prasa (której to ja znów nie znałem). Te wiadomości różniły się trochę i uzupełniały. Szedłem tak z nimi dobrych kilka minut i rozmawialiśmy o Polsce, o polityce, o mediach. Na Gazetę Wyborczą babcie miały jedno proste określenie – szmata. Przy czym mówiły to z takim wdziękiem, że w ich ustach brzmiało to niemal jak komplement. Rozstaliśmy się na wysokości skrzyżowania Świętokrzyskiej i Nowego Światu. Pożegnałem się jak należy i pomknąłem do metra.

No i to tyle jeśli chodzi o dzisiejszy dzień. Na koniec mogę powiedzieć tytułem komentarza, że mam poczucie iż warszawska ulica jest już ostro wkurzona (a przynajmniej jej zauważalna część). Jeszcze kilka tygodni takiego śledztwa, a nie zdziwię się jak zaczną się dziać rzeczy poważniejsze niż niewinne, spontaniczne demonstracje na kilka tysięcy osób. Mam też poczucie ogromnego zaangażowania w sprawę wśród tych ludzi. Może to mieć decydujący wpływ na nadchodzące wybory. Niektórzy dziennikarze i politycy zdają się zamieszkiwać w rzeczywistości wirtualnej lub alternatywnej skoro to jeszcze do nich nie dociera. Myślę jednak, że po dzisiejszym dniu nieco dotrze.

Poniżej galeria  zdjęć (kliknij wybrane aby powiększyć):

…i jeszcze krótki film nakręcony telefonem komórkowym:

[tłum krzyczy „żądamy”, i „chcemy prawdy” – niestety nagranie, z wiadomych względów, nie oddaje w pełni atmosfery na placu]

Wszelkie uwagi i komentarze do tekstu mile widziane.

Parada Schumana 2010 – reportaż bez lukru

8 Maj 2010

Przechadzając się dzisiaj po warszawskiej ulicy Nowy Świat przypadkiem natknąłem się na całkiem sporą imprezę (jak się później okazało była to 11 parada Schumana). Postanowiłem napisać dla Państwa krótki reportaż z tego wiekopomnego wydarzenia. Tekst mocno subiektywny, pewnie inny niż oficjalne relacje mediów ale z pewnością prawdziwy i oddający atmosferę panującą na tym radosnym szoł. Zacznijmy jednak od początku…

Cała ulica była obstawiona stoiskami z ulotkami, niebieskimi balonikami, broszurami i innymi cudami na kiju. Promocja traktatu lizbońskiego, promocja polsko-niemieckiej przyjaźni, natura 2000, ekologia, znajdź pracę w Unii, Europa bez granic i mnóstwo innych w podobnym tonie. Dostałem nawet piękną papierową torebkę, a w niej cały pakiet tej promieniejącej europejskim szczęściem bibuły. Jednak pierwszą rzeczą, która bardziej przykuła moją uwagę było stoisko „młodzi głosują”.

Podszedłem grzecznie, spytałem o co chodzi, bo nie ukrywam, że trochę kojarzyło mi się to z poprzednimi wyborami parlamentarnymi (gdy jak podają niektóre gazety „młodzi, zdolni, atrakcyjni” masowo zagłosowali, przechylając szalę zwycięstwa na stronę Platformy Obywatelskiej). Z tego co pamiętam padły wówczas nawet jakieś zarzuty, że cała ta akcja zachęcająca młodzież do głosowania była podszyta polityczną kiełbasą z leminga (ale jak było naprawdę nie wiem więc darujmy sobie domysły i złośliwości). Na moje pytanie do prowadzących w/w stoisko o co chodzi w całej inicjatywie uzyskałem odpowiedź, że to taka akcja aktywizująca młodych Polaków w kierunku postaw „niezbędnych do budowania demokratycznego społeczeństwa obywatelskiego”. Po objaśniającej formułce dostałem kartkę do głosowania i wskazano mi niewielkie papierowe pudło imitujące urnę wyborczą. Okazało się, że w ramach tego stoiska organizowane są prezydenckie prawybory by zbadać preferencje polityczne wśród młodych wyborców. Na zapytanie czy jako obywatel około lat 30-tu (nie pierwszej już młodości przecież) kwalifikuję się do całej zabawy uzyskałem odpowiedź twierdzącą.  Zresztą odniosłem wrażenie, że nikt się tym głosowaniem za bardzo nie przejmował, a gdybym podszedł za pół godziny po raz drugi to pewnie nawet pies z kulawą nogą by się tym nie zainteresował. Tak czy siak zagłosowałem jak należy i na odchodne rzuciłem pytanie o to gdzie będzie można sprawdzić wyniki owych „młodzieżowych prawyborów”. Poinformowano mnie, że wszystko zostanie opublikowane na stronach fundacji „Centrum Edukacji Obywatelskiej”.

Kontynuując moją wycieczkę „unioznawczą” pomyślałem, że skoro jestem akurat w centrum, to warto by zajrzeć pod pałac prezydencki. Choćby po to by jeszcze raz oddać się chwili zadumy i zobaczyć jak dziś, niemal miesiąc po smoleńskiej katastrofie to miejsce wygląda. Ostatnio jak tam byłem (jakieś dwa tygodnie wcześniej) mimo uprzątniętych zniczy i kwiatów, nadal było czuć mocną woń parafiny w powietrzu, a bruk (mimo profesjonalnego mycia) w dużej mierze był czarny i niemal kleił się do butów. Im bliżej pałacu, tym bardziej efekt się nasilał. Tworzyło to naprawdę specyficzny klimat (można było zamknąć oczy i nie używając zmysłu wzroku dotrzeć na miejsce). Paliła się też jeszcze garstka zniczy i leżało trochę kwiatów.

Idąc w stronę pałacu, gdzieś na wysokości skrzyżowania Nowego Światu ze Świętokrzyska wpadłem na grupę młodzieży ukraińskiej. Wyglądali na zorganizowaną ale luźno hasającą po ulicy wycieczkę szkolną (przedział wiekowy – gdzieś w okolicach naszego liceum). Sporo z nich miało ukraińskie flagi, ubrani byli w charakterystyczne żółte koszulki z jakimś dwujęzycznym napisem (coś o Europie zdaje się). Wówczas jeszcze nie wiedziałem, że jestem na paradzie Schumana więc z zaciekawieniem spytałem ich co to za akcja i co robią w Warszawie? Zagadałem po polsku ale chłopak ubrany nieregulaminowo (koszulka z napisem „Russia”) sprowadził mnie do parteru proponując przejście na język angielski. Trochę mnie to zdziwiło ale dogadaliśmy się bez problemu. Okazało się, że to jakaś grupa młodzieży szkolnej z Kijowa, z tamtejszego klubu europejskiego. To od nich dowiedziałem się, że w Warszawie jest dzisiaj „wielkie święto”, a oni przyjechali tu by czynnie wziąć w nim udział.   Przeszliśmy razem mniej więcej do pomnika Kopernika, pokazałem im grającą ławkę Chopina i oddaliłem się w swoją stronę.

Tym razem pod pałacem prezydenckim nie było już ani kwiatów, ani zniczy. Nie było też klejącego się do butów, pokrytego czarną mazią bruku i charakterystycznego zapachu parafiny. Był drewniany krzyż i kilka pamiątkowych zdjęć prezydenckiej pary oraz rozbitego samolotu. Była też malutka grupka turystów (nie więcej niż kilkanaście osób). Postałem chwilę, pomilczałem i poszedłem dalej w stronę Starego Miasta.

Tłum zaczął wyraźnie gęstnieć. Dało się wyczuć lekko nerwową atmosferę. Na twarzach poniektórych rysowała się trema jak przed występem w gimnazjalnym teatrzyku, niektórzy błaznowali lub chodzili bez celu. Normalna rzecz – wycieczka. Przywieziona przez swoich wychowawców z przyszkolnych klubów europejskich młodzież powoli zajmowała pozycje startowe.

Przemieszczając się dalej w stronę Placu Zamkowego zauważyłem kilka platform (takich ciągniętych przez ciężarówki – w stylu parad amerykańskich czy jak by powiedzieli złośliwi gejowskich). Ja (jako, że należę do złośliwych) miałem skojarzenie jednoznaczne.

Uderzył mnie trochę brak polskich flag. To znaczy były, na latarniach (obok unijnych) ale młodzież miała przeważnie flagi Unii Europejskiej (która podobno – jak dowiedziałem się z wręczonej mi wcześniej broszurki o traktacie lizbońskim – nie ma oficjalnej flagi) lub dziarsko dzierżyli flagi państw członkowskich (od Malty po Finlandię). Niektóre były naprawdę spore i w rękach co sprawniejszych machaczy robiły niemałe wrażenie.

Nagle z głośników rozległ się głos animatorki całej imprezy, która oświadczyła wszem i wobec, że wita wszystkich na jedenastej paradzie Schumana. Przybyłych gości, licznie (aczkolwiek nie da się ukryć, że nie spontanicznie) zgromadzoną młodzież, wychowawców i prominentów. Na koniec padły gorące podziękowania w stronę Hanny Gronkiewicz-Waltz „za piękną pogodę”, która według pani animatorki jest właśnie zasługą Pani Gronkiewicz. Pogoda faktycznie była piękna ale co ma z tym wspólnego Pani Prezydent Warszawy to szczerze mówiąc nie mam zielonego pojęcia.

Głos zabrała Hanna Gronkiewicz-Waltz. Zaczął się mały festiwal pochwał i radości. Młodzież pohukiwała z aprobatą, a Pani Waltz kolejno przedstawiała najważniejsze na swojej platformie osoby. Zaczęła od Róży Thun, dzięki której „ta cudowna impreza odbywa się już po raz jedenasty”. Potem była prezentacja niemniej ważnego komisarza europejskiego do spraw budżetu – Jana Lewandowskiego oraz ministra edukacji narodowej – pani Katarzyny Hall. I tak przez dobrych kilka minut. Chwalimy się, kochamy, pozdrawiamy młodzież z tej i tej szkoły, młodzież szaleje, itd. Jako ostatni głos zabrał gość zagraniczny (nie wiem kto to był bo trochę się wyłączyłem). Przemówił do zgromadzonych po angielsku. I tu zaskoczenie – jako jedyny zaczął od nawiązania do Smoleńskiej tragedii, złożył wszystkim Polakom szczere kondolencje i przeszedł do krótkiej przemowy właściwej.

Wycofałem się spod platformy wypchanej twarzami polityków (tym bardziej, że coraz mocniej trąciło kampanią wiadomej partii). Moją uwagę przykuła natomiast niewielka grupka z tzw. flagami wolnej Białorusi (historyczne biało-czerwono-białe barwy). Niektórzy z nich mieli ogromne kije teleskopowe (coś na wzór wędek) na które nawlekli flagi i zaczęli dynamicznie nimi wymachiwać. Przez chwilę udało im się przykuć uwagę sporej grupy osób (tym bardziej, że ich flagi, dzięki „zabiegowi wędkowemu” były naprawdę wysoko. Ktoś z tłumu krzyknął nawet „niech żyje wolna Białoruś!”.

Wtem rozległa się głośna muzyka (mieszanka klubowej, techno – donośnie i z paradnym przytupem). Pochód zaczął się ustawiać i z wolna ruszył spod Placu Zamkowego w kierunku Nowego Światu. Ruszyły także platformy. Atmosfera paradna, radosna (coś jak na pochodzie pierwszomajowym – tylko hasła inne, a zamiast białych gołąbków niebieskie baloniki i styropianowe, żółte gwiazdki). Kolumna wolno ale regularnie przesuwała się do przodu.

Między pałacem prezydenckim, a bramą uniwersytecką ciężarówka z Panią prezydent się zatrzymała, wszyscy ważni ludzie zeszli na ulice i chwycili się za ręce. Swoją drogą bezpieczeństwo wyglądało tak, że mogłem podejść do Hanny Gronkiewicz-Waltz na odległość jednego metra i nikt mnie nawet nie próbował odciągać. Teoretycznie, gdybym był zamachowcem byłoby niewesoło. Na szczęście jestem zupełnie normalny i nic z mojej strony nikomu nie groziło, a i potencjalni terroryści w Warszawie to też raczej czysta fantastyka. Nie zmienia to jednak faktu, że ochrona była niemal zerowa i ograniczała się do kilkunastu niezbyt rozgarniętych porządkowych w żółtych kamizelkach (co przyznam nieco mnie zszokowało).

Gdy Hanna Gronkiewicz-Waltz, Katarzyna Hall i pan Lewandowski oficjalnie stanęli na przedzie pochodu ustawiła się przed nimi grupa kilkudziesięciu dziewczyn z pomponami (coś na kształt czirliderek). Spytałem pośpiesznie kogoś z tłumu dokąd właściwie ten pochód zmierza i dowiedziałem się, że parada ma przejść przez cały Nowy Świat aż do ronda de Gaulle’a.

Na wysokości pomniku Kopernika z tłumu pomponowego rozległa się donośna i wielokrotnie powtarzana później piosenka na nutę znanego utworu Maryli Rodowicz (ten o pociągu i zielonym kamyku – na pewno znacie). Ktoś mógłby pomyśleć, że to dowcip ale (wierzcie lub nie) działo się to naprawdę. Aż sobie z wrażenia zapisałem cały tekst tej radosnej twórczości w telefonie bo uznałem, że warto się tą przyśpiewką podzielić z internetową bracią. A brzmiała ona dokładnie tak:

Wsiąść do pociągu europejskiego,
Nie dbać o wizę, nie dbać o bilet.
Ściskając w ręku euro złocone,
Patrzeć jak wszystko zostaje w tyle…


Nie szedłem już dalej. Zostałem w tyle.

😉