Archive for Maj 2010

Smoleńsk – wielka medialna manipulacja

11 Maj 2010

TVN to dosyć specyficzne rozumienie misji dziennikarskiej. Gdy zepsuję się kiełbasa w supermarkecie potrafią wysłać dziennikarzy śledczych, ukryte kamery, pracowników incognito wkręcających się w strukturę badanego miejsca. Wyją na alarm, nierzadko wywlekając na światło dzienne tzw. brudną kuchnię danego przedsiębiorstwa i doprowadzając je do bankructwa. Gdy ginie polski prezydent, który akurat miał nieszczęście nie być pupilem salonu zachowują się w zgoła inny sposób…

Poniżej przedstawiam państwu dwie relacje z tego samego miejsca, zrobione w tym samym dniu. Pierwsza to (jak mawiają górale) prawda, druga to gówno prawda. Zauważcie, że reportaż TVN nie pokazuje ŻADNYCH szerokich kadrów z miejsca katastrofy. Jedynie konferencję prasową przedstawiciela rządu, która ma nas uspokoić i zbliżenie na dwóch „dzielnych” milicjantów w samochodzie.

Gazeta Wyborcza już bije na alarm, że „pisowska TVP zdjęła białe rękawiczki i wali łomem” w jaśnie panującą Platformę. To przecież niepojęte, że dziennikarz śmiał wyjść w pole zamiast siedzieć w ciepłym studiu i ufać we wszystko co rząd mu powie. Dziwnym trafem jednak na takiej np. Wirtualnej Polsce i w niektórych gazetach mających na tyle przyzwoitości żeby rzetelnie zbadać sprawę pojawiły się podobnie zatrważające relacje. Nadal w smoleńskich błotach walają się resztki rzeczy pasażerów polskiego samolotu. Są też relacje o znalezieniu kawałków ludzkich szczątków. Ksiądz, który był na miejscu z polską wycieczką relacjonuje, że znaleźli fragment ludzkiego ciała, które zostało pochowane przez nich z należytym szacunkiem. Wszyscy byli zaszokowani tym co zastali na miejscu. Tym bardziej, że nikt specjalnie nie wchodził tam aby czegoś szukać. O resztki samolotu można się niemal potknąć. Oczywiście z dnia na dzień jest tego coraz mniej bo nie niepokojeni przez nikogo szabrownicy wynoszą stamtąd całe reklamówki znalezisk. Pani Kopacz zapewniała nas, że ziemię przekopano na metr w głąb, że wszystko skrupulatnie wyzbierano. Ostatnio jakiś turysta, który odwiedził to miejsce na bodaj 3 tygodnie po zdarzeniu, przywiózł do redakcji jednej z polskich gazet fragment przyrządów z kokpitu samolotu, które walały się w błocie. Miesiąc po tragedii na miejscu byli reporterzy Faktu. Znaleźli buty ofiar, klisze filmowe, bardzo ważne urządzenie elektroniczne, które może mieć wpływ na całe śledztwo (radiokompas z kokpitu, dzięki któremu nawigator określał położenie samolotu względem radiolatarni umieszczonej przy lotnisku).

„To skandal, że rosyjscy śledczy tego wcześniej nie znaleźli” – nie krył oburzenia jeden z polskich prokuratorów. „To może pomóc w ustaleniu przebiegu katastrofy” – tłumaczył z kolei lotniczy ekspert Grzegorz Sobczak, redaktor naczelny „Skrzydlatej Polski”.

Reporterzy relacjonujący przebieg ich poszukiwań, opowiadali w „Fakcie” o reakcji Rosjan, którym pokazali urządzenie już na miejscu. „Niczego nie ruszaliście, nie przekręcaliście przełączników? – dopytywali. „To może być ważna część dla śledztwa. Zbadamy to” – powiedzieli śledczy i zabrali znalezisko.

„To nieprawdopodobne, ale znaleźliście panel ze wskaźnikami samolotowego urządzenia nawigacyjnego” – tłumaczył dziennikarzom „Faktu” pilot latający tupolewami.

Wyjaśnił, że dzięki radiokompasowi nawigator określa położenie samolotu względem radiolatarni umieszczonych przy lotniskach. Na jego podstawie ustala i przekazuje pilotom parametry prawidłowego lotu – wysokości i kierunku. To niezbędne urządzenie, zwłaszcza przy kiepskiej widoczności.

A teraz wyobraźcie sobie co by się działo gdyby sprawę śledztwa w ten sposób prowadzono za rządów Prawa i Sprawiedliwości. Podpowiem – mielibyście transmisję TVN 24/h na dobę z miejsca katastrofy, robiącą zbliżenia na każdą grudkę błota i wiercącą dziurę w brzuchu każdemu napotkanemu Rosjaninowi ze Smoleńska. Mielibyście największe dziennikarskie śledztwo od 89 roku, do którego wracano by przez kolejne lata. Rząd zostałby wgnieciony w glebę i zmobilizowany do podjęcia natychmiastowych działań. No ale cóż – ręka rękę myje.

Reklamy

Demonstracja pod pałacem prezydenckim w Warszawie, 09.05.2010 – reportaż, zdjęcia, film

9 Maj 2010

O całej sprawie dowiedziałem się trochę przypadkiem. Pewnego dnia na witrynie, na której często publikuje jeden z moich ulubionych felietonistów znalazłem link do strony „ruch10kwietnia.org”, a na niej oświadczenie następjącej treści:

W niedzielę 9 maja o g. 17, miesiąc po tragedii smoleńskiej, spotkamy się pod Pałacem Prezydenckim. Zapalimy znicze i podpiszemy skierowane do władz żądanie powołania międzynarodowej komisji badającej przyczyny katastrofy. Pamiętaj, przyjdź.

Przyszedłem. Byłem na miejscu jakieś dziesięć minut przed czasem. Tłumek już był całkiem spory ale widać było, że dopiero ludzie się zbierają. Szukałem miejsca gdzie można by było złożyć swój podpis ale nie bardzo mogłem się gdziekolwiek dopchać. Zacząłem się więc kręcić dookoła, trochę między ludźmi, trochę z boku i cykać zdjęcia. Starałem się też wsłuchiwać w głosy ulicy. Pierwsze co przykuło moją uwagę, to grupka zbulwersowanych osób narzekająca na premiera Tuska.

– Kiedy on zrozumie, że ludzie nie są tacy głupi? Jemu się już zupełnie w głowie poprzewracało. Jak tak można Polaków traktować?! Może po dzisiejszym dniu coś do niego dotrze? Jak można tak mydlić ludziom oczy?!

– On się odgrodził od ludzi i gra na przeczekanie.

– Eeee, tam do takiego to nic nie dotrze, trzeba wziąć za fraki gamonia i wywieźć na Kaszuby, najlepiej razem z tym ruskim lokajem Komorowskim.

– Jeszcze trochę i wywiozą.

Wpadłem też na grupę zdezorientowanych Japończyków (trochę ich się ostatnio kręci po stolicy z uwagi na rok Chopinowski), która nie miała zielonego pojęcia o co chodzi. Zaczęli mnie pytać. Angielski znali jednak słabo więc ciężko im było wytłumaczyć. Wyłożyłem pokrótce, że zebrała się tu grupa ludzi domagająca się powołania międzynarodowej komisji w sprawie śledztwa dot. katastrofy w Smoleńsku. Japończyk pokiwał głową, podziękował za wyjaśnienie i poszedł. W odległości jakichś 20 metrów od powoli gęstniejącej grupki ludzi dziarsko ustawił się TVN. Pan ładny trzymał mikrofon, pan kamerzysta zaczął się szykować. Wtem ktoś przeszedł obok nich i rzucił „kłamcy, przestańcie kłamać!”. Jeszcze dwie osoby podeszły i zakomunikowały „macie mówić całą prawdę!”, ktoś z tłumu jeszcze na dokładkę „manipulatorzy, telewizja rządowa”. Chłopcy z TVN poczuli się wyraźnie nieswojo. Poszedłem dalej w tłum. Ludzie zaczęli rozwijać transparenty. Pojawiło się bardzo dużo polskich flag. Były też pojedyncze flagi ze znaczkiem „polska walczy” i „solidarność walcząca”. Dominowały jednak po prostu barwy narodowe (w wersji z godłem lub bez).

Ciągle nie mogłem się dopatrzyć miejsca, w którym są zbierane podpisy pod petycją. Zacząłem się już trochę niecierpliwić. Tym czasem tłum gęstniał i coraz bardziej dawało się odczuć, że coś wisi w powietrzu. Pojedyncze grupki śpiewały pieśni patriotyczne, ciągle jednak wyglądało to trochę chaotycznie. Sporo ludzi nie miało pojęcia co, gdzie i jak. Czekali na jakieś wskazówki, cokolwiek. Jednak tłum był zupełnie spontaniczny i widać było, że mogą się nie doczekać. Dopatrzyłem się Janka Pospieszalskiego. Był pośród ludzi. Jako jedyny dziennikarz wszedł i kręcił „z serca tłumu”. Nie bał się. Był naprawdę w centrum wydarzeń. Spora grupa ludzi utworzyła wokół niego krąg. Pojedyncze osoby podchodziły i wypowiadały się do kamery. Też miałem podejść ale zrezygnowałem. Zabrakło mi chyba cywilnej odwagi by wypowiedzieć się przed obiektywem. W tym czasie TVN i Polsat wycofały się na z góry upatrzone pozycje. W tłumie dostrzegłem też Panią Ewę Stankiewicz.  Chodziła pośród ludzi z kamerzystą. Zupełnie swobodnie i na dziko. W pewnej chwili jakaś starsza pani dosłownie rzuciła jej się na szyję i powiedziała „dziękuję, dziękuję za to, że Pani jest, za Pani film”. Poszedłem dalej. Widać było też sporo młodych osób. Więcej było ludzi starszych i w średnim wieku ale młodszych też nie brakowało. Dopatrzyłem się też w tłumie aktora z filmu „Solidarni 2010” (tego samego, którego czepiała się Wyborcza o to, że jest aktorem i był nieobiektywny, a może nawet opłacony). Spokojnie rozmawiał z ludźmi. Widać, że chciał się wytłumaczyć. Czuł się skrzywdzony. Widać było, że ma poczucie, że przyklejono mu gębę i źle się z tym czuje. Sprawiał wrażenie człowieka zaszczutego przez media.

Poszedłem dalej w tłum. Widać było trochę znanych twarzy (stali oni bardziej na obrzeżu).  Był Pan Jan Pietrzak, było kilku ludzi kina i profesorów, których nazwisk ujawniał nie będę. Z jednym z nich Gazeta Polska robiła wywiad (widać to na zdjęciu poniżej). Powiedział, że spędził za granicą wiele lat i także z tamtej perspektywy ma poczucie, ze Polska dała Europie bardzo wiele i mnóstwo najpiękniejszych rzeczy narodziło się właśnie tutaj.

Wreszcie znalazłem osobę zbierającą podpisy pod petycją. Nareszcie to po co przyszedłem pod pałac zyskało wymiar praktyczny. Wpisałem się pospiesznie i poszedłem w tłum. Nagle ludzie zaczęli skandować hasła „ŻĄDAMY!” i „CHCEMY PRAWDY!”. Temperatura tłumu rosła, ciarki szły po plecach. Ludzi było dobrych kilka tysięcy, a może i więcej. Ulica krzyczała rządowi w twarz, że dosyć już robienia z obywateli ciemnogrodu i baranów. To było naprawdę coś. Czuło się moc tych gardeł na sobie. W pewnym momencie ktoś wszedł na latarnie i zaczął krzyczeć do tłumu. Ludzie szybko podłapywali hasła. Pośród wielu haseł nawołujących do wyjaśnienia sprawy i podaniu ludziom pełnej informacji na temat katastrofy pod Smoleńskiem, na krótko pojawiły się też pojedyncze hasełka polityczne. W pewnym momencie tłum zaczął skandować „PRECZ Z TVN-em! i PRECZ Z WYBORCZĄ”. Na latarnie wszedł kolejny mężczyzna. Okazało się, że jest tym, który organizował akcję zbierania podpisów. Podziękował ludziom i zachęcał do podpisywania się tych, którzy jeszcze tego nie zrobili (w moim mniemaniu była to zdecydowana większość spośród całego tumu). Na latarnie wszedł też pamiętny aktor z filmu „Solidarni 2010” by oświadczyć, że jest mu przykro, że ma prawo do własnych uczuć i nikt mu za jego wypowiedź nie płacił ani nie napisał mu tekstu, że przyszedł z potrzeby serca, jak tysiące innych Polaków. Tłum zaczął krzyczeć „NIE JESTEŚMY AKTORAMI!” i „TU JEST POLSKA!”, „ŻĄDAMY PRAWDY!” ludzie podnieśli ręce w geście wiktorii i odśpiewali hymn. Zacząłem się przedzierać poza centrum tłumu. Minąłem panię Ewę Stankiewicz. Była czymś wyraźnie poruszona lub zbulwersowana. Widziałem, że w oczach ma łzy. Nie wiem czy doszło do jakiejś awantury z jakimś prowokatorem z tłumu ale takie miałem wrażenie. Mogę się jednak mylić bo nie widziałem całej sytuacji. Wszystko jednak skończyło się dobrze, pani Ewa kręciła dalej. Dotarłem na obrzeża zgromadzenia. Miejsce gdzie stał wóz TVN było puste, po reporterach ani śladu. Reporterzy Polsat News ulokowali się bezpiecznie, jakieś 150 metrów od ludzi. Nie kręcili. Stali w poczuciu bezradności.

Postanowiłem przejść na drugą stronę tłumu i powoli zbierać się do domu. Nie było to łatwe ale się udało. Cały czas starałem się robić zdjęcia. Nastrój demonstracji był już bardzo gorący. Ludzie śpiewali pieśni, krzyczeli hasła, wznosili ręce w geście wiktorii i dumnie demonstrowali flagi. Ktoś rozdawał śmieszne anty-tuskowe i anty-komorowskie ulotki. Jednej udało mi się cyknąć fotkę ale było ich znacznie więcej. Gdy już miałem się oddalić natknąłem się na kilku dobrze mi znanych profesorów i doktorantów z Uniwersytetu Warszawskiego (było to dla mnie nawet pewnym zaskoczeniem bo podejrzewałem ich raczej o sympatyzowanie ze środowiskiem „Krytyki Polityczniej”).  Był to jednak dowód na to, że tłum zebrany pod pałacem składał się naprawdę z przeróżnych środowisk. Gdy już miałem iść w stronę Nowego Światu i dalej do metra, w odległości jakichś 100 metrów od tłumu zauważyłem dwóch strażników miejskich. W pewnej chwili jeden z nich rzucił „należało by rozpędzić to całe dziadostwo”. Przystanąłem. To co wygadywali ci ludzie zaczęło mnie coraz bardziej bulwersować. Podszedłem i zapytałem. Dlaczego pan tak mówi? Co panu tak właściwie przeszkadza? Zaczęliśmy sobie rozmawiać. Dostałem wykład w stylu byłego ormowca, że demonstracja nielegalna, że co to za rączki w górze, co to za hasla, że za komuny to był przynajmniej porządek, a tak w ogóle to polityka ich nie interesuje. Nagle do strażników podeszły dwie starsze kobiety i zaczęły ich musztrować. Wzięły mnie pod rękę i zanim się obejrzałem byłem 20 metrów dalej prowadzony przez babciny patrol obywatelski.

– Wzięłyśmy Pana bo już spisują. Tam już policja chciała ludzi legitymować ale wszyscy zaczęli się w ogonku ustawiać i skandować, że niech spiszą każdego i trochę tamci zgłupieli. Wie pan, my jeszcze pamiętamy stan wojenny, po co ma pan mieć kłopoty. Z nimi to lepiej nie rozmawiać wcale, nie wiadomo kto ich tu nasłał.

Postawa babć mnie po prostu rozłożyła na łopatki. Był to taki bojowy tandem, co nie da sobie w kaszę dmuchać. Stare wiekiem ale młode duchem, dwie naprawdę, przesympatyczne kobiety. Wymieniliśmy się trochę wiedzą. Ja im powiedziałem o tym co wiem z internetu (którego to one nie używają), one mi o tym co mówi ulica i ich znajome oraz prasa (której to ja znów nie znałem). Te wiadomości różniły się trochę i uzupełniały. Szedłem tak z nimi dobrych kilka minut i rozmawialiśmy o Polsce, o polityce, o mediach. Na Gazetę Wyborczą babcie miały jedno proste określenie – szmata. Przy czym mówiły to z takim wdziękiem, że w ich ustach brzmiało to niemal jak komplement. Rozstaliśmy się na wysokości skrzyżowania Świętokrzyskiej i Nowego Światu. Pożegnałem się jak należy i pomknąłem do metra.

No i to tyle jeśli chodzi o dzisiejszy dzień. Na koniec mogę powiedzieć tytułem komentarza, że mam poczucie iż warszawska ulica jest już ostro wkurzona (a przynajmniej jej zauważalna część). Jeszcze kilka tygodni takiego śledztwa, a nie zdziwię się jak zaczną się dziać rzeczy poważniejsze niż niewinne, spontaniczne demonstracje na kilka tysięcy osób. Mam też poczucie ogromnego zaangażowania w sprawę wśród tych ludzi. Może to mieć decydujący wpływ na nadchodzące wybory. Niektórzy dziennikarze i politycy zdają się zamieszkiwać w rzeczywistości wirtualnej lub alternatywnej skoro to jeszcze do nich nie dociera. Myślę jednak, że po dzisiejszym dniu nieco dotrze.

Poniżej galeria  zdjęć (kliknij wybrane aby powiększyć):

…i jeszcze krótki film nakręcony telefonem komórkowym:

[tłum krzyczy „żądamy”, i „chcemy prawdy” – niestety nagranie, z wiadomych względów, nie oddaje w pełni atmosfery na placu]

Wszelkie uwagi i komentarze do tekstu mile widziane.

Parada Schumana 2010 – reportaż bez lukru

8 Maj 2010

Przechadzając się dzisiaj po warszawskiej ulicy Nowy Świat przypadkiem natknąłem się na całkiem sporą imprezę (jak się później okazało była to 11 parada Schumana). Postanowiłem napisać dla Państwa krótki reportaż z tego wiekopomnego wydarzenia. Tekst mocno subiektywny, pewnie inny niż oficjalne relacje mediów ale z pewnością prawdziwy i oddający atmosferę panującą na tym radosnym szoł. Zacznijmy jednak od początku…

Cała ulica była obstawiona stoiskami z ulotkami, niebieskimi balonikami, broszurami i innymi cudami na kiju. Promocja traktatu lizbońskiego, promocja polsko-niemieckiej przyjaźni, natura 2000, ekologia, znajdź pracę w Unii, Europa bez granic i mnóstwo innych w podobnym tonie. Dostałem nawet piękną papierową torebkę, a w niej cały pakiet tej promieniejącej europejskim szczęściem bibuły. Jednak pierwszą rzeczą, która bardziej przykuła moją uwagę było stoisko „młodzi głosują”.

Podszedłem grzecznie, spytałem o co chodzi, bo nie ukrywam, że trochę kojarzyło mi się to z poprzednimi wyborami parlamentarnymi (gdy jak podają niektóre gazety „młodzi, zdolni, atrakcyjni” masowo zagłosowali, przechylając szalę zwycięstwa na stronę Platformy Obywatelskiej). Z tego co pamiętam padły wówczas nawet jakieś zarzuty, że cała ta akcja zachęcająca młodzież do głosowania była podszyta polityczną kiełbasą z leminga (ale jak było naprawdę nie wiem więc darujmy sobie domysły i złośliwości). Na moje pytanie do prowadzących w/w stoisko o co chodzi w całej inicjatywie uzyskałem odpowiedź, że to taka akcja aktywizująca młodych Polaków w kierunku postaw „niezbędnych do budowania demokratycznego społeczeństwa obywatelskiego”. Po objaśniającej formułce dostałem kartkę do głosowania i wskazano mi niewielkie papierowe pudło imitujące urnę wyborczą. Okazało się, że w ramach tego stoiska organizowane są prezydenckie prawybory by zbadać preferencje polityczne wśród młodych wyborców. Na zapytanie czy jako obywatel około lat 30-tu (nie pierwszej już młodości przecież) kwalifikuję się do całej zabawy uzyskałem odpowiedź twierdzącą.  Zresztą odniosłem wrażenie, że nikt się tym głosowaniem za bardzo nie przejmował, a gdybym podszedł za pół godziny po raz drugi to pewnie nawet pies z kulawą nogą by się tym nie zainteresował. Tak czy siak zagłosowałem jak należy i na odchodne rzuciłem pytanie o to gdzie będzie można sprawdzić wyniki owych „młodzieżowych prawyborów”. Poinformowano mnie, że wszystko zostanie opublikowane na stronach fundacji „Centrum Edukacji Obywatelskiej”.

Kontynuując moją wycieczkę „unioznawczą” pomyślałem, że skoro jestem akurat w centrum, to warto by zajrzeć pod pałac prezydencki. Choćby po to by jeszcze raz oddać się chwili zadumy i zobaczyć jak dziś, niemal miesiąc po smoleńskiej katastrofie to miejsce wygląda. Ostatnio jak tam byłem (jakieś dwa tygodnie wcześniej) mimo uprzątniętych zniczy i kwiatów, nadal było czuć mocną woń parafiny w powietrzu, a bruk (mimo profesjonalnego mycia) w dużej mierze był czarny i niemal kleił się do butów. Im bliżej pałacu, tym bardziej efekt się nasilał. Tworzyło to naprawdę specyficzny klimat (można było zamknąć oczy i nie używając zmysłu wzroku dotrzeć na miejsce). Paliła się też jeszcze garstka zniczy i leżało trochę kwiatów.

Idąc w stronę pałacu, gdzieś na wysokości skrzyżowania Nowego Światu ze Świętokrzyska wpadłem na grupę młodzieży ukraińskiej. Wyglądali na zorganizowaną ale luźno hasającą po ulicy wycieczkę szkolną (przedział wiekowy – gdzieś w okolicach naszego liceum). Sporo z nich miało ukraińskie flagi, ubrani byli w charakterystyczne żółte koszulki z jakimś dwujęzycznym napisem (coś o Europie zdaje się). Wówczas jeszcze nie wiedziałem, że jestem na paradzie Schumana więc z zaciekawieniem spytałem ich co to za akcja i co robią w Warszawie? Zagadałem po polsku ale chłopak ubrany nieregulaminowo (koszulka z napisem „Russia”) sprowadził mnie do parteru proponując przejście na język angielski. Trochę mnie to zdziwiło ale dogadaliśmy się bez problemu. Okazało się, że to jakaś grupa młodzieży szkolnej z Kijowa, z tamtejszego klubu europejskiego. To od nich dowiedziałem się, że w Warszawie jest dzisiaj „wielkie święto”, a oni przyjechali tu by czynnie wziąć w nim udział.   Przeszliśmy razem mniej więcej do pomnika Kopernika, pokazałem im grającą ławkę Chopina i oddaliłem się w swoją stronę.

Tym razem pod pałacem prezydenckim nie było już ani kwiatów, ani zniczy. Nie było też klejącego się do butów, pokrytego czarną mazią bruku i charakterystycznego zapachu parafiny. Był drewniany krzyż i kilka pamiątkowych zdjęć prezydenckiej pary oraz rozbitego samolotu. Była też malutka grupka turystów (nie więcej niż kilkanaście osób). Postałem chwilę, pomilczałem i poszedłem dalej w stronę Starego Miasta.

Tłum zaczął wyraźnie gęstnieć. Dało się wyczuć lekko nerwową atmosferę. Na twarzach poniektórych rysowała się trema jak przed występem w gimnazjalnym teatrzyku, niektórzy błaznowali lub chodzili bez celu. Normalna rzecz – wycieczka. Przywieziona przez swoich wychowawców z przyszkolnych klubów europejskich młodzież powoli zajmowała pozycje startowe.

Przemieszczając się dalej w stronę Placu Zamkowego zauważyłem kilka platform (takich ciągniętych przez ciężarówki – w stylu parad amerykańskich czy jak by powiedzieli złośliwi gejowskich). Ja (jako, że należę do złośliwych) miałem skojarzenie jednoznaczne.

Uderzył mnie trochę brak polskich flag. To znaczy były, na latarniach (obok unijnych) ale młodzież miała przeważnie flagi Unii Europejskiej (która podobno – jak dowiedziałem się z wręczonej mi wcześniej broszurki o traktacie lizbońskim – nie ma oficjalnej flagi) lub dziarsko dzierżyli flagi państw członkowskich (od Malty po Finlandię). Niektóre były naprawdę spore i w rękach co sprawniejszych machaczy robiły niemałe wrażenie.

Nagle z głośników rozległ się głos animatorki całej imprezy, która oświadczyła wszem i wobec, że wita wszystkich na jedenastej paradzie Schumana. Przybyłych gości, licznie (aczkolwiek nie da się ukryć, że nie spontanicznie) zgromadzoną młodzież, wychowawców i prominentów. Na koniec padły gorące podziękowania w stronę Hanny Gronkiewicz-Waltz „za piękną pogodę”, która według pani animatorki jest właśnie zasługą Pani Gronkiewicz. Pogoda faktycznie była piękna ale co ma z tym wspólnego Pani Prezydent Warszawy to szczerze mówiąc nie mam zielonego pojęcia.

Głos zabrała Hanna Gronkiewicz-Waltz. Zaczął się mały festiwal pochwał i radości. Młodzież pohukiwała z aprobatą, a Pani Waltz kolejno przedstawiała najważniejsze na swojej platformie osoby. Zaczęła od Róży Thun, dzięki której „ta cudowna impreza odbywa się już po raz jedenasty”. Potem była prezentacja niemniej ważnego komisarza europejskiego do spraw budżetu – Jana Lewandowskiego oraz ministra edukacji narodowej – pani Katarzyny Hall. I tak przez dobrych kilka minut. Chwalimy się, kochamy, pozdrawiamy młodzież z tej i tej szkoły, młodzież szaleje, itd. Jako ostatni głos zabrał gość zagraniczny (nie wiem kto to był bo trochę się wyłączyłem). Przemówił do zgromadzonych po angielsku. I tu zaskoczenie – jako jedyny zaczął od nawiązania do Smoleńskiej tragedii, złożył wszystkim Polakom szczere kondolencje i przeszedł do krótkiej przemowy właściwej.

Wycofałem się spod platformy wypchanej twarzami polityków (tym bardziej, że coraz mocniej trąciło kampanią wiadomej partii). Moją uwagę przykuła natomiast niewielka grupka z tzw. flagami wolnej Białorusi (historyczne biało-czerwono-białe barwy). Niektórzy z nich mieli ogromne kije teleskopowe (coś na wzór wędek) na które nawlekli flagi i zaczęli dynamicznie nimi wymachiwać. Przez chwilę udało im się przykuć uwagę sporej grupy osób (tym bardziej, że ich flagi, dzięki „zabiegowi wędkowemu” były naprawdę wysoko. Ktoś z tłumu krzyknął nawet „niech żyje wolna Białoruś!”.

Wtem rozległa się głośna muzyka (mieszanka klubowej, techno – donośnie i z paradnym przytupem). Pochód zaczął się ustawiać i z wolna ruszył spod Placu Zamkowego w kierunku Nowego Światu. Ruszyły także platformy. Atmosfera paradna, radosna (coś jak na pochodzie pierwszomajowym – tylko hasła inne, a zamiast białych gołąbków niebieskie baloniki i styropianowe, żółte gwiazdki). Kolumna wolno ale regularnie przesuwała się do przodu.

Między pałacem prezydenckim, a bramą uniwersytecką ciężarówka z Panią prezydent się zatrzymała, wszyscy ważni ludzie zeszli na ulice i chwycili się za ręce. Swoją drogą bezpieczeństwo wyglądało tak, że mogłem podejść do Hanny Gronkiewicz-Waltz na odległość jednego metra i nikt mnie nawet nie próbował odciągać. Teoretycznie, gdybym był zamachowcem byłoby niewesoło. Na szczęście jestem zupełnie normalny i nic z mojej strony nikomu nie groziło, a i potencjalni terroryści w Warszawie to też raczej czysta fantastyka. Nie zmienia to jednak faktu, że ochrona była niemal zerowa i ograniczała się do kilkunastu niezbyt rozgarniętych porządkowych w żółtych kamizelkach (co przyznam nieco mnie zszokowało).

Gdy Hanna Gronkiewicz-Waltz, Katarzyna Hall i pan Lewandowski oficjalnie stanęli na przedzie pochodu ustawiła się przed nimi grupa kilkudziesięciu dziewczyn z pomponami (coś na kształt czirliderek). Spytałem pośpiesznie kogoś z tłumu dokąd właściwie ten pochód zmierza i dowiedziałem się, że parada ma przejść przez cały Nowy Świat aż do ronda de Gaulle’a.

Na wysokości pomniku Kopernika z tłumu pomponowego rozległa się donośna i wielokrotnie powtarzana później piosenka na nutę znanego utworu Maryli Rodowicz (ten o pociągu i zielonym kamyku – na pewno znacie). Ktoś mógłby pomyśleć, że to dowcip ale (wierzcie lub nie) działo się to naprawdę. Aż sobie z wrażenia zapisałem cały tekst tej radosnej twórczości w telefonie bo uznałem, że warto się tą przyśpiewką podzielić z internetową bracią. A brzmiała ona dokładnie tak:

Wsiąść do pociągu europejskiego,
Nie dbać o wizę, nie dbać o bilet.
Ściskając w ręku euro złocone,
Patrzeć jak wszystko zostaje w tyle…


Nie szedłem już dalej. Zostałem w tyle.

😉

Marek Cichocki: Obywatele bez państwa

7 Maj 2010
Co można sądzić o państwie i rządzie, który przelot swojego prezydenta i delegacji wysokich urzędników traktuje jak transport cargo, a gdy dochodzi do tragicznej katastrofy, umywa ręce, całość sprawy pozostawia w gestii rosyjskich służb i pośpiesznie ogłasza polsko-rosyjskie pojednanie? Tanie państwo – dziadowskie państwo – złe państwo!

Po raz kolejny okazało się, że rozsądek, realizm, właściwe proporcje rzeczy znajdują się u zwykłych ludzi. Wyemitowany właśnie film Ewy Stankiewiczdokumentujący dni żałoby na Krakowskim Przedmieściu pokazuje, że polscy obywatele chcą swojego państwa, nowoczesnego, świadomego swej mocy i wartości, odważnego, sprawnego, dynamicznego. Że nigdy tego pragnienia się nie wyrzekli. Gleba jest wciąż żyzna. Jałowe są elity – te które od razu chwyciły się rozpaczliwie swej ostatniej deski ratunku: zaklęcia o polsko-rosyjskim pojednaniu, te które od razu zaczęły szarogęsić się w kryptach Wawelu i św. Piotra i Pawła jak przyrodzeni magnaci, te które od razu przyklasnęły Łukaszence, by zrzucić winę za katastrofę na Prezydenta, który wdziera się do kokpitu pilota.

Dokument z Krakowskiego Przedmieścia pokazuje coś jeszcze bardzo ważnego – lęk. Bo marzenie o własnym państwie nie jest tylko wizją. Jest również twardą koniecznością. Polacy chcą państwa, które potrafi ich obronić. Może właśnie w tych ostatnich dniach po raz pierwszy z taką wyrazistością dotarła do nich ta myśl. A skoro to państwo – tanie, dziadowskie, złe państwo nie potrafiło zagwarantować bezpieczeństwa pierwszemu z obywateli, to co czeka ich wszystkich, zwykłych ludzi? W tym lęku jest wielka intuicja. Zwykli obywatele nie muszą zajmować się na co dzień polityką międzynarodową, ale być może właśnie zobaczyli, jak bardzo są bezbronni wobec tego, co ich wokoło otacza. Jak na niewiele i na jak niewielu mogliby liczyć w chwilach zagrożenia. To ważna lekcja. Czy teraz pozostaną w tym uświadomionym nagle lęku sparaliżowani, czy zmobilizują się na tyle, że staną się zdolni do przełamania strachu?

W komentarzach ostatnich dni koncentrujemy się głównie na sprawach wewnętrznych – to oczywiste. Ale katastrofa 10 kwietnia ma równie doniosłe konsekwencje dla międzynarodowej sytuacji Polski. Nie wyłącznie dlatego, że teraz nie tylko zwykli ludzie na Krakowskim Przedmieściu już wiedzą, że to tanie, dziadowskie, złe państwo nie potrafi ochronić nawet pierwszego ze swych obywateli, a gdy przychodzi co do czego, po prostu umywa ręce. Ta wiedza stała się powszechna! Teraz wszystkie niedobre procesy, które od jakiegoś czasu gromadzą się wokół nas, a które eufemistycznie opisujemy jako pogorszenie się koniunktury międzynarodowej dla Polski, bedą postępować znacznie szybciej.

Wróćmy z uwagą do tekstu wystąpienia Putina na Westerplatte, które wygłosił tam tak naprawdę tylko dla jednego słuchacza – Angeli Merkel. To ważny tekst, bo pokazuje to, jak może wyglądać przyszłość wylęknionych polskich obywateli na Krakowskim Przedmieściu, jeśli nie doczekają się własnego państwa, które ich ochroni. Nasi rodzimi spece od polityki międzynarodowej uwielbiają dużo mówić o przyszłości Chin lub Iranu. W tych kwestiach każdy może wymądrzać się do woli. To nic nie kosztuje. Z punktu widzienia przyszłości wylęknionych obywateli bez państwa, którzy gromadzili się w ostatnich dniach, nie ma dzisiaj ważniejszych kwestii niż dwa podstawowe wyzwania:

Pierwsze to postkolonialny syndrom Zachodniej Europy wobec krajów Europy Środkowo-Wschodniej. Zakłada on, że są to państwa, które nie potrafią się same skutecznie rządzić, które nie rozumieją, jakie są ich prawdziwe interesy. Dlatego dla ich dobra należy bez nich ukształtować ich przyszłość. Drugim wyzwaniem jest koncepcja „finlandyzacji” Europy Środkowo-Wschodniej, idea wielkiego limitrofu, którą konsekwentnie realizuje Putin. Na Westerplatte Rosja w istocie złożyła propozycję, aby te dwa procesy w Europie połączyć i stworzyć dzięki temu stabilny nowy system w Europie. I propozycja została przyjęta.

Z tego względu katastrofę pod Smoleńskiem należy traktować nie tylko jako wielką ludzką tragedię czy absolutną kompromitację państwa i władz. To także dotkliwa klęska w walce o podmiotowy status Polski w Europie, której konsekwencje mogą być trudne do oszacowania. Zwłaszcza że jak pokazały uroczystości pogrzebowe na Wawelu, wobec takiej klęski jesteśmy – jak to zwykle bywało wcześniej – zdani prawie wyłącznie na samych siebie.

Marek Cichocki

http://teologiapolityczna.salon24.pl/175370,marek-cichocki-obywatele-bez-panstwa

Hołd dla Lecha Kaczyńskiego

6 Maj 2010

Para prezydencka żegna się z Warszawą (pilot transportujący trumny wykonuje niespodziewany gest – macha skrzydłami na pożegnanie).

Przesłanie Pana Cogito TVP

6 Maj 2010

Mazurek: Kłopotliwe słowo na „ch”

6 Maj 2010

Głównym kryterium oceny kandydatów stała się w tej kampanii charyzma. Charyzma to owe “coś”, co odróżnia męża stanu od Sławomira Nowaka, to feromon, który brzydkim, grubym i brodatym politykom pozwala uwodzić tłumy.

Charyzmę, jak wiadomo, liczy się w komorach. Większość kandydatów to stworzenia jedno- i dwukomorowe. Ale nie wszyscy. Jest jeden, nazwijmy go Charyzmaczyński, którego szczególną moc zachwala w każdym wywiadzie jego szefowa sztabu. Bez wątpienia słusznie prawi, albowiem egzemplarz ten działał dotychczas jak magnes. Tyle że odwrócony i zamiast przyciągać, wiele opiłków elektoratu odpychał. Czy uda się tę usterkę w krótkim czasie usunąć? – to najciekawsze bodaj pytanie tegorocznej batalii.

Jest też faworyt, kandydat Charyzmatowski, składający się wyłącznie z charyzmy i wąsów. To model nowoczesny, dostosowany do wyśrubowanych przez Hermana Van Rompuya standardów europejskich. Jego charyzma nie oślepiała dotychczas swą mocą, tembr głosu nie zniewalał tłumów. Ale to pozory. Wspomniany Belg też przypomina oponentom bankowego urzędniczynę o charyzmie mokrej ścierki, a jednak został kimś na kształt prezydenta Europy. Nasz Charyzmatowski został kimś na kształt prezydenta Polski.

Szczerze mówiąc, pojawiające się zarzuty, że nie wykazał w czasie żałoby wystarczającej empatii, że nie przeżywał jej choćby tak jak premier, uważam za drugorzędne. Za to za absolutnie przerażającą uważam jego wypowiedź na temat walających się po smoleńskim lesie szczątków. Apelował on o “zachowanie umiaru w tworzeniu atmosfery, że oto gdzieś znaleziono kawałek ubrania”. “To nie jest wielki problem” – oznajmił z wysokości swego urzędu.

Naprawdę byłby pan gotów powtórzyć to na przykład żonie Arama Rybickiego? Że w końcu to tylko mankiet? Albo żonie Grzegorza Dolniaka? Nie rozumie pan, że nie chodzi tu nawet o sentymenty, ale o majestat państwa? Wie pan, panie marszałku, gdyby tam rozbił się air force one, to Amerykanie przeczesaliby im całą gubernię, policzyliby wszystkie wiewiórki i niedźwiedzie.

Rozumiem, że nie ma pan do tego głowy. Że jedzie pan do Moskwy, że pali znicze z Wajdą. Niech pan jedzie, niech pan się jedna, naprawdę. Tylko niech się pan już nie odzywa. Przynajmniej w ten sposób.

Robert Mazurek

http://blog.rp.pl/mazurek/2010/05/06/klopotliwe-slowo-na-ch/

PiS zwycięża w ilości zebranych podpisów

6 Maj 2010

Komitet wyborczy kandydata PiS na prezydenta Jarosława Kaczyńskiego zebrał 1mln 650 tys. podpisów poparcia. On sam wygłosił krótkie oświadczenie, w którym dziękował tym, którzy podpisali się pod jego kandydaturą bądź zbierali podpisy. Tymczasem komitet wyborczy kandydata PO na prezydenta Bronisława Komorowskiego złożył w Państwowej Komisji Wyborczej prawie 770 tys. podpisów poparcia. (źródło: wp.pl)

Towarzysz Bronisław na Placu Czerwonym

6 Maj 2010

W momencie gdy polscy turyści znajdują resztki walających się bezładnie w błocie ciał ofiar katastrofy prezydenckiego samolotu, w momencie gdy rosyjskie „śledztwo” i nieudolność polskiego rządu obnaża słabość naszego państwa i rzeczywisty stosunek Putina do rzeczy dla Polaków zasadniczych, Bronisław Komorowski jedzie do Moskwy by defilować na placu czerwonym. Towarzyszowi Bronisławowi gratulujemy wyczucia i taktu.

(kliknij grafikę aby powiększyć)

Andrzej Wajda szaleje

6 Maj 2010

Znów dostaliśmy solidną lekcję historii od Pana Andrzeja. Oto dowiadujemy się z ust nadwornego autorytetu GazWybu i PO, że armia radziecka walczyła w „naszej sprawie”. Zgodnie z tym tokiem rozumowania 17 września 1939 żołnierz radziecki faktycznie wszedł na nasze ziemie (wraz z bratnią armią Hitlera) by wyzwalać polskich obywateli od ucisku polskiej państwowości i administracji. Wszak wasza (w domyśle internacjonalistyczna) sprawa to wartość nadrzędna. Zapalmy świeczki czerwonoarmistom 9 maja, 17 września, zapalmy też żołnierzom Wehrmachtu i SS (odp. rocznice też się znajdą). W końcu w imię ugładzonej wizji historii i pojednania na fałszywym gruncie wolno już wszystko.

Andrzej Wajda dla Gazety Wyborczej, 5 maja 2010:

„Pójdę na cmentarz i zapalę świeczkę, bo radzieccy żołnierze walczyli w słusznej, również naszej sprawie.”

(kliknij grafikę aby powiększyć)